Może nie będzie to najbardziej barwna historia na forum, ale bardzo chciałabym wyrzucić, chociażby ze względu na pierwszy upragniony trip.
Pierwsze podejście do 🍄 miałam praktycznie rok temu. Dawka niewielka, bo zaledwie 0,7g mexicana. Prócz poruszających się drzew i powoli opadających chmur nie odczułam nic. Była to zaledwie chwila, która minęła po paru minutach. Towarzyszył mi wtedy delikatny strach przed czymś nowym i nieznanym. Dotychczas miałam styczność wyłącznie ze stymulantami wszelkiej maści i wizja zmieniających się kolorów, dźwięków i ewentualnych zjaw przyprawiała mnie o niechęć do spróbowania tego typu tripa, jednak trafiłam na osobę, która przybliżyła mi ten temat i rozwiała niektóre z obaw. Czy się zniechęciłam? Z pewnością czułam delikatne rozczarowanie, mając z tyłu głowu efekty działań innych substancji, ale postanowiłam dać sobie czas na drugie podejście, do którego doszło po półrocznej przerwie. W międzyczasie pochłonęła mnie na nowo astrologia i rozwój duchowy, chęć poznania i zrozumienia siebie, swoich zachowań i problemów. Niestety ta nakręcająca się spirala okazała się zgubna tym razem. 1.5g GT w lemonteku, który pięknie zmienił kolor na granatowy i czekanie, po godzinie bez efektów dojedzony kolejny gram. Niesamowicie mocno nastawiłam się na zmiany, odkrywanie, zrozumienie. Szukałam znaków w chmurach i lasach, chciałam dostrzec to, czego inni nie mogli. Godzina, dwie, trzy, nic.. W tym momencie stwierdzilam, że grzyby chyba nie są dla mnie. Analizowaliśmy z moim przewodnikiem co może być tego przyczyną: towarzyszące mi od lat zaburzenia i ataki agresji, depresja, ostatnio przyjmowane leki, zbyt mocne nastawienie.
Temat powrócił po kolejnych miesiącach. Postanowiliśmy spróbować po raz ostatni i sprawdzić czy faktycznie jestem odporna na działanie psylo i czy dalsze próby mają sens. No i cóż.. do trzech razy sztuka ✨
Nie nastawiałam się tym razem na nic. Miałam stosunek neutralny i chciałam jedynie spędzić miło czas ze znajomymi, a w przypadku zadziałania grzybów przyjąć po prostu to co mi dadzą, niezależnie co to by było. Początkowo 2g GT nie dały kompletnie nic. Po godzinie czekania i debaty nad dalszym podbiciem, głosem większości i pamiętnio poprzednio przyjętą dawką, dorzuciłam kolejne 2. Po pół godziny odczuć można było gęstą atmosferę, szczególnie ze strony mojego przewodnika na twarzy którego widać było całkowitą rezygnację. Jednak z czasem zaczęłam odczuwać niesamowitą lekkością i senność. Z początku nie przyjmowałam tej myśli do siebie, aby znowu się nie nakręcać, raczej tłumaczyłam to długą jazdą i zmęczeniem. Z każdą minutą jednak moje ciało zanikało, wszystko co chwyciłam swobodnie wypadało mi z rąk. Znudzeni siedzeniem i oczekiwaniem (ha, nie dawałam oznak, że coś się dzieje, aby nie dawać niepotrzebnej nadziei) przenieśliśmy się nad jezioro w lesie i była to najlepsza z możliwych decyzji. Poczułam nagłą potrzebę odłączenia od grupy i wyciszenia się. Usiadłam nad brzegiem jeziora i wpatrywałam się w taflę kołyszącej wody. Odbicia drzew przyjęły kształty kwadracików niczym z minecrafta, a szum pobliskiego wodospadu napełnił mnie spokojem, jakiego dawno nie czułam. Nie wiem nawet kiedy, ale dotykanie trawy sprawiło mi niesamowitą przyjemność. Odrzuciłam na bok wszelkie urządzenia typu telefon, elektryki i poruszałam się z miejsca na miejsce obcując z otoczeniem. Chciałam poznawać struktury i kształty, przekazać naturze czułość, której mi od dawno brakuje. Gładziłam źdźbła, drzewa i skały. Przyglądałam się każdej szczelinie i wyrwie jakbym szukała w nich historii. Z moich oczu płynęły łzy, ale był to płacz szczęścia. Pod przykrywką agresji, wulgaryzmów i bycia znaną z głośnej osobowości poczułam w sobie ciepło i oddanie, falę dobra i miłości. Otaczająca mnie rzeczywistość przyjęła formę pięknego obrazu, który dopełniały promienie zachodzącego słońca przebijające się przez koronę drzew. Kolory nie były zmienne, ale bardzo mocno podbite, szczególnie reagowałam na fiolety i róże, czułam miękkość otoczenia jakby wszystko było zrobione z gąbki. Po powrocie i spojrzeniu sobie w oczy w odbiciu lustra poczułam natomiast ulgę w stosunku do siebie i krytyki jaką na siebie narzucałam. Z czasem przyjęło to formę pustki. Czułam się jak naczynie, które należy wypełnić jakimś sensem. Zrozumiałam ile czasu marnuję na przyziemne rzeczy, które niczego nie wnoszą do mojego życia. Jak bardzo nowoczesność, socjale, telewizja zawładnęły moim życiem i nie robię dla siebie tak naprawdę nic, aby czerpać wiedzę i uzupełniać w sobie braki, wiedzę, naprawiać to co zepsute. Gdy trip zaczął schodzić odczułam straszne odizolowanie od innych i samotność. I chociaż nie było to coś mocnego, dało mi pewne przemyślenia i niesamocie mnie wyciszyło.
Tak tylko chciałam się tym podzielić ✨







